Zaloguj się:

lub  
 
 

78km przez Bieszczady czyli... ukończyć Bieg Rzeźnika.

 

autor: Iwona Ludwinek-Zarzeka, opublikowano: 04/06/2013

Kilka miesięcy wstecz...

Decyzja podjęta, jedziemy na Rzeźnika! Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy z mężem, gdy w końcu ruszą zapisy. Jak się okazało, moda na ultra spowodowała, że samo zarejestrowanie się było nie lada wyczynem. Nam się udało. Drużyna zapisana, teraz czas na przewertowanie swoich zasobów sprzętowych. Jako, że zawsze startowaliśmy wyłącznie w klasycznych biegach po płaskim, nie posiadaliśmy niczego, czego zwyczajowo używa się w górach. Zatem w planie był zakup plecaka z bukłakiem i butów trailowych. Ostatecznie nowych butów sobie nie sprawiliśmy i...pożałowaliśmy tego wkrótce. Ale o tym za chwilę...

 2013 05 31 09.21.06

Trening na Rzeźnika

Maraton był naszym startem głównym w tym sezonie, zatem plan treningowy był dopasowany pod 42 km. To maraton właśnie był naszym najdłuższym „długim wybieganiem”. Po nim zrobiliśmy dwa luźne tygodnie, ostatnia wycieczka biegowa miała dystans 30 km. Czy to wystarczyło? Z dzisiejszego punktu widzenia: nie do końca...przydałoby się więcej wycieczek marszo-biegowych, które przygotowują do długotrwałego wysiłku. Ponadto zabrakło wyjazdu w góry, by oswoić się z nimi i poczuć jak to jest na szlaku. Z braku czasu i funduszy postanowiliśmy jednak oprzeć się na tym, co uzyskaliśmy do tej pory: sporą wytrzymałość po kilku latach biegania, starowania w maratonach, wzmacniania całego ciała.

 

Przygotowania sprzętowe

To co zapakowaliśmy do plecaków to przede wszystkim:

-        dwie kurtki biegowe (jedna z odpinanymi rękawami)

-        po trzy pary koszulek, skarpetek, legginsów- po jednej na każdy przepak, zapasowe buty

-        bluzę

-        buffy

-        lekarstwa: proszki przeciwbólowe, węgiel, plastry na odciski,  przydaje się również nospa i krople żołądkowe

-        czołówki

-        papier toaletowy lub chusteczki

-     jedzenie: batoniki zbożowe i czekoladowe z orzechami, żele, izotonik. Na przepakach można było dostać wodę, kanapki, jak również napój energetyczny.

Mój partner miał ze sobą plecak biegowy z bukłakiem, ja zaopatrzyłam się w pas z małymi bidonami.

To czego nie mieliśmy, a powinniśmy mieć:

-        buty trailowe

-        stuptuty

-        opcjonalnie kijki

 

Pogoda w górach czasem zmienia się z minuty na minutę, dlatego warto na każdy przepak mieć pełen zestaw ubrań na zmianę.

 

0294

Foto: Wasyl (www.wasylfoto.pl)

Wyczekiwany weekend

Bieg Rzeźnika rozpoczyna się zawsze w nocy z czwartku na piątek (tuż po Bożym Ciele). Warto przyjechać wcześniej, by móc się wyspać. My położyliśmy się w przeddzień biegu o godz. 20-tej, bo o 1 w nocy czekała nas pobudka. Gdy wstawaliśmy, padał deszcz. W górach pogoda jest nieprzewidywalna, ale ja szczerze mówiąc spodziewałam się najgorszego: burz i ulewy. Na szczęście zaraz po wyjściu z kwatery przestało padać i... tak już zostało!

Autobusy zawiozły biegaczy do Komańczy na linię startu. Pod osłoną nocy widać było głównie światła czołówek i obrazy, które wcześniej oglądałam wyłącznie na fotografiach zamieszczonych na portalach biegowych: pełno skupionych biegaczy, z plecakami przytwierdzonymi do pleców, a nam nimi rozgwieżdżone niebo, majaczące się szczyty Bieszczadów.

Minęło niezauważenie kilkanaście minut i oddano sygnał do startu. Ruszyliśmy. Powoli, jak wtedy, gdy rozpoczynamy klasyczne długie, niedzielne wybieganie. Jeszcze na początku trasa jest dosyć płaska i wiedzie asfaltem, mimo tego staraliśmy się spokojnie wejść w nasze docelowe tempo. Ostrzegano mnie jednak, że w Rzeźniku nie da się biec równo. I rzeczywiście: to ciąg podejść i zejść. Nie ma mowy o podbiegiwaniu pod górę, tam nawet czołowi zawodnicy podchodzą dziarskim marszem, by potem nadrabiać na zbiegach.

Początkowo nam szło naprawdę nieźle. Rześkie powietrze, enigmatyczna mgła, majaczące sylwetki biegaczy sprawiały niesamowite wrażenie. Jeszcze do przepaku w Cisnej (na 32 km) zaliczaliśmy biegiem każdy zbieg, chociaż błotnista droga sprawiała, że nogi uciekały niepewnie na boki. Po pierwszym odpoczynku wróciliśmy na szlak. Zaczęłam poruszać się jak na skrzydłach! Piękne bieszczadzkie łąki i przestrzenne ścieżki zapraszały do pokonywania ich biegiem. Wyszło słońce, zrobiło się naprawdę pięknie! I tak do...50 km...a potem? Było niestety coraz gorzej.

Kilka ostatnich kilometrów do Smereku pokonywaliśmy wyłącznie biegnąc, jako, że chcieliśmy wykorzystać płaski odcinek, ale czułam, że powoli podupadam. Zaczęły się bóle ud, coś zakuło w stopie. Pomyślałam, że to tylko kamyk, który pewnie wpadł do buta. Gdy dotarliśmy do przepaka,  zobaczyłam swoje stopy: z boku pojawiły się małe ranki, które po zaklejeniu plastrem nie dawały już o sobie znać. Zmieniliśmy skarpetki, zjedliśmy kanapki z dżemem, uzupełniliśmy bukłak i bidony, a później...dalej w trasę. Do następnego punktu odżywczego mieliśmy kilkanaście kilometrów, które miałam nadzieję, szybko miną. Niestety, błotnista maź, liczne strome podejścia i zejścia sprawiały, że poruszaliśmy się w ślimaczym tempie. Masowo wyprzedzali nas zawodnicy, którzy mieli dużą wprawę w chodzeniu po górach. Śmiało mijali obsuwające się kamienie, przeskakiwali schodki powstałe w korzeni, podczas gdy ja kurczowo trzymałam się drewnianej poręczy, by nie spaść, nie skręcić nogi, nie poślizgnąć. 4 km przed ostatnim przepakiem zaczęłam powątpiewać, że uda nam się dotrzeć do punktu w założonym czasie. Nie miałam siły już schodzić w dół,  ale przecież nie było żadnego sposobu, by się stamtąd wydostać!

0867

Foto: Wasyl (www.wasylfoto.pl)

I w końcu jest, ostatni odpoczynek przed metą. Ostatnie 10 km do końca. Tu spędziliśmy tylko kilka minut: zjedliśmy po żelu energetycznym, popiliśmy wodą i ruszyliśmy dalej. Widziałam, że nie tylko ja zaczynam się łamać. Na podejściu ludzie zatrzymywali się, siadali na pniach drzew, ale my wspinaliśmy dalej pod górę. Mimo, że widoki były niewątpliwie piękne, to niewiele było czasu i sił, by się rozglądać. Zaczęłam się mocno rozklejać, łzy już kapały bez oporów, ale tam gdzie widzieliśmy płaskie odcinki, bądź mało kamieniste: biegliśmy. Za sobą usłyszałam gromki, męski głos, śpiewający dziecięcą piosenkę „Jadą, jadą misie :) Na chwilę to zmieniło moje spojrzenie na rzeczywistość, niestety ból mięśni ud wygrał. Zaczął się prawdziwy dramat, bo ostatnie kilometry to wyłącznie droga w dół. Na zbiegu nogi bolały bardziej, marzyłam o płaskim odcinku. Ktoś krzyknął, że już się rozwidla, więc przed nami ostatnie 700 m. I rzeczywiście! Ostatnie PŁASKIE 700 metrów! Zaczęliśmy biec, na metę wpadliśmy „sprintem”, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Zawieszono mi na szyję medal i wtedy popłakałam się już bez żadnych oporów. Nie z radości, a z ulgi, że już nie muszę zaciskać zębów. Radość przyszła później.

Czas: 15 godzin 23 minuty.

 

Podsumowanie

By ukończyć Bieg Rzeźnika, nie trzeba mieć wyśrubowanego czasu w maratonie, ani nadludzkiej wytrzymałości. Na pewno nie jest to jednak impreza dla początkujących. Jeśli jesteś wieloletnim, górskim łazikiem, a do tego raz lub dwa razy do roku biegasz w maratonach, nie masz tendencji do łapania kontuzji, to prawdopodobnie stać cię na ukończenie Rzeźnika. Jeśli dodatkowo potrafisz zacisnąć pięści, przymknąć oczy na niedogodności związane z bólem, to możesz walczyć o przyzwoity wynik.

Mi zabrakło doświadczenia: nie chodziłam nigdy po górach, nie umiem posługiwać się kijkami (większość osób biegło z nimi), bałam się stromych zbiegów i kamieni na trasie,  nie miałam też butów trailowych, przez co potwornie się ślizgałam. Miałam za to wypracowaną siłę oraz motywację, by ukończyć. Ale to co szczególnie sobie cenię, to to, że miałam fantastycznego rzeźnickiego partnera, który na co dzień jest... moim mężem. Wspierał mnie w każdej ciężkiej chwili i to dzięki niemu ten bieg był nie tyle znośny, co niesamowity. Mówi się, że na tej imprezie przyjaźnie rozpadają się, lub  tworzą nowe, piękne i głębokie. My, stając na mecie, wspólnie przeżyliśmy fantastyczną przygodę. Zobaczyłam, na jak wiele poświęcenia może zdobyć się człowiek oraz jak ważne jest otwarcie się na drugą osobę. Nie wiedziałam też wcześniej,  ile siły we mnie drzemie, a i tak zapewne nie dotarłam do najgłębszych zakamarków mojej mocy.

 

Wielkie gratulacje dla organizatorów biegu, za tak przyjazną dla uczestników imprezę. Widać w Was pasję i radość. Podziękowania również dla grupy Wiewiórki na drzewie, która nadaje Biegowi Rzeźnika jeszcze radośniejszego charakteru. Wasze dźwięki rozbrzmiewają pewnie teraz w wielu domach biegaczy, którzy postanowili spędzić długi weekend w Cisnej.

Dodaj komentarz

Komentarze (1)

  • Napisany przez Aaaa, 05/06/2018 11:05pm (8 miesiące temu)

    Podziwiam i gratuluję

Kanał RSS komentarzy na tej stronie | Kanał RSS dla wszystkich komentarzy