Zaloguj się:

lub  
 
 

Maraton ze śpiewem muezinów w tle czyli przygoda ze Stambułem. Relacja z 39. Vodafone Istanbul Maraton.

 

autor: Katarzyna Żbikowska-Jusis, opublikowano: 24/11/2014

Do Stambułu wybraliśmy się kilkuosobową grupą z mojego klubu biegacza KB "Arturówek" Łódź. W piątek wieczorem po 3 godzinnym przedzieraniu się przez stambulski zgiełk z bagażami miałam chwilowo dosyć tego miasta. Lot z Warszawy trwał 2,5 godziny, ale reszta podróży naprawdę nas wszystkich wykończyła. Pierwotny plan żeby odebrać pakiety startowe jeszcze tego samego dnia legł w gruzach już na lotnisku. W końcu na maratońskie Expo wybraliśmy się w sobotę i… zajęło nam to calutki dzień! Istambuł jest ogromny. Dopiero po trzech dniach kiedy rozgryźliśmy połączenia z hotelu do centrum wszystko stało się latwiejsze, ale początek to był „Armagedon”.

20141115 125550 Kopia

Numer odebrany!

Na EXPO organizacja przy wydawaniu pakietów nie była najgorsza chociaż zrobiło się trochę zamieszania kiedy koleżance nie pozwolili zmienić dystansu na 10km (mimo informacji na stronie o takiej możliwości). Zabrakło też dla nas jedzenia na pasta party więc musieliśmy zadowolić się bananami i sokiem.

20141115 140646

Nasza ekipa przed maratońskim EXPO

Ogromne miasto

W sobotni wieczór zamiast odpoczywać przed startem lecieliśmy na piechotę do hotelu. Wtedy znów zaczęła mnie okropnie boleć przeciążona niedawno stopa i na chwilę zwątpiłam nawet w "cały ten maraton". Co to w ogóle za pomysł lecieć tyle kilometrów pieszo przed maratonem? Pomysł to raczej nie był, ale konieczność. Wsiadając bowiem do autobusu w centrum pytaliśmy kierowcy kilka razy czy na pewno jedzie do Ortakoy przy Moście Bosforskim. "Tak, tak" usłyszeliśmy w odpowiedzi po czym po półgodzinnym tkwieniu w korku okazało się, że pojazd wywiózł nas hen hen i utknął w korku jeszcze większym! Okazało się, że owszem - finalnie to on jedzie do Ortakoy, ale za mniej więcej 3 godziny, po przetoczeniu się wcześniej przez kawał miasta. Lekko zdesperowani opuściliśmy więc autobus i pozostał nam marsz przez Stambuł do domu! Nie ma to jak przygoda. Grunt to zachować optymizm. "Jakoś to będzie" - powtarzałam sobe przed snem próbując nie myśleć, że moja lewa stopa "odpada z bólu"...

20141115 080632

Sobotnie poranne rozbieganie przed maratonem

Dostać się na start

Po sobotniej porannej przebieżce okazało się, że nie damy rady dostać się pieszo na start (chociaż takie właśnie było założenie przy rezerwacji hotelu tuż przy Moście Bosforskim). Okazało się jednak, że most jest ogromny i nie ma do niego dostępu - trzeba jechać kilka kilometrów. Zamówiliśmy więc sobie taksówkę lotniskową która o 6 rano w niedzielę miała nas zabrać z hotelu na start. Później nie było by już szans dostać się od nas do azjatyckiej części Stambułu ponieważ o 6:30 zamykano most. Musiało to być z resztą wielkie przedsięwzięcie logistyczne, bo odkąd przyjechaliśmy do Stambułu w piątek ilekroć patrzyliśmy na most z okien naszego hotelu (bez względu na porę dnia czy nocy) zawsze był tam nieprawdopodobny ruch. W mieście, w którym mieszka ponad 15 milionów ludzi nietrudno o nieustające korki i ruch uliczny…

20141114 201201

Oświetlony Most Bosforski by night:)

Budzik nastawiłam na 4:40 rano, ale chyba stres przedmaratoński nie pozwolił mi za bardzo pospać i już przed 4:30 byłam na nogach. Szybko wrzuciłam na siebie przygotowany wieczorem strój startowy, szybki obowiązkowy makijaż (zasada biegać szybko i wyglądać pięknie;D), śniadanie o 5:15 i w drogę! Kierowca trochę pobłądził po azjatyckiej stronie mostu i przez chwilę kiedy woził nas wkoło zastanawialiśmy się, czy faktycznie będzie nam dane znaleźć się na starcie:). Udało się. Wysadził nas w końcu jakieś pół kilometra przed mostem, gdzie dopiero zaczynano ustawianie stref startowych.

Mieliśmy jeszcze dużo czasu więc spokojnie doszliśmy do miejsca startu maratonu i obserwowaliśmy jak powoli, a później coraz szybciej strefa startowa zapełnia się kolorowymi biegaczami z najróżniejszych zakątków świata. Zjeżdżały się autobusy zapewnione przez organizatora (z centrum) z napisami "Eurasia marathon", z których wysypywali się uczestnicy biegów na 42, 15 i 10km.

20141116 071516

Przy starcie maratonu nie zabrakło obwoźnych sprzedawców herbaty

Jak przystało na Turcję nawet przy starcie maratonu nie można było przegapić okazji na biznes:) Niewiadomo skąd pojawili się obwoźni sprzedawcy oferujący bajgle, herbatę parzoną na palnikach w metalowych czajniczkach, a nawet gorące prażone grillowane kasztany! Wszystko to w połączeniu przed standardowym przedmaratońskim zgiełkiem tworzyło oryginalny klimat.

Stojąc w kolejce do toi-toia nawiązałam rozmowę z Grekami (jak się okazało z Salonik, gdzie mieszkałam kiedyś przez pół roku więc było o czym pogadać:)), później z Rosjaninem, którego wypytałam szczegółowo o maraton w Moskwie (kto wie - może kolejny cel:)? a w końcu z Francuzem, który z jakiegoś powodu próbował mnie przekonać, że kolejka w której stoję jest dla mężczyzn (do diaska co to za różnica na kilkanaście minut przed startem:))? W pewnym momencie zwątpiłam już, że w ogóle dopcham się do tej toalety taki był tam zgiełk. Atmosfera jednak fajna i bardzo międzynarodowa.

20141116 082336

Przed startem

Start przed Mostem Bosforskim

Jeszcze nigdy nie stałam w takim tłumie ludzi przed startem. Nie wiem dokładnie ile osób wystartowało w Stambule, ale łącznie z biegiem na 15km i na 10km na pewno kilka dobrych tysięcy. W Berlinie było nieporównywalnie więcej uczestników i aż takiego ścisku nie było, ale wiadomo - organizacja "made in Germany" znacznie różni się od organizacji "made in Turkey" więc nie ma się czemu dziwić:). Nie było nawet miejsca żeby zrobić rozgrzewkę, choćby najmniejszą! Jakimś sposobem udało nam się wcisnąć do strefy na 3:30 i ostatecznie byliśmy całkiem blisko startu. Przed samym wystrzałem startera było przemówienie i odśpiewany został hymn narodowy Turcji.

Przez Most Bosforski biegliśmy bardzo powoli, bo jak się okazało przed nami było bardzo dużo osób biegnących znacznie wolniej. To raz. Dwa, że tłum był nieprzebrany. A trzy, że widok z mostu był naprawdę ładny i biegnąc robiłam zdjęcia (niestety wszystkie wyszły takie same:)).  Maraton to jedna okazja, żeby wejść na ten most ponieważ normalnie nie ma tam ruchu pieszego. Zdecydowanie warto było!

 

20141116 090510

Tłum biegaczy ruszył Mostem Bosforskim

Most Galata, śpiew muezinów i śliski asfalt

Na zbiegu z mostu przyspieszyliśmy chcąc nadrobić czas, później już wyrównaliśmy tempo i w zasadzie aż do mniej więcej 36 kilometra biegliśmy razem z kolegą noga w nogę. Maciek świetnie sprawdził się w roli pacemakera – dzięki! Do 20 kilometra trasa maratonu była bardzo malownicza. Podobało mi się wszystko: widok na miasto, wielkie meczety, które mijaliśmy, kibice w centrum. Dopiero później, za mostem Galata (gdzie unosił się wyjątkowo wyraźny zapach ryb) odbiliśmy wzdłuż wybrzeża. Zrobiło się ciężko. Przez chwilę skupiałam się na dobieganiu do kolejnych punktów z wodą, które usytuowane były co 2,5 kilometra. Później skoncentrowałam się na szukaniu wzrokiem kolegi, który biegł szybciej i miał się pojawić po przeciwnej stronie szerokiej drogi. To sprawiało, że chwilowo nie myślałam o bólu stopy...

20141116 091330

Widok na fragment miasta (z biegu:))

Niestety za nawrotką w okolicach 27 kilometra ból zaczął być jeszcze wyraźniejszy. Do tego doszedł ogólny ból nóg (jak to na maratonie:)). Biegnąc myślałam o tym, że na setce we wrześniu naprawdę bolało o wiele bardziej, a przecież przeżyłam:). Kolejny dowód na to, że trudne wyzwania i doświadczenia się przydają, bo bardzo wzmacniają psyche.

Na trasie spotkaliśmy dużo Polaków. Ponieważ oboje biegliśmy w koszulkach z napisem „Poland” z tyłu, czasem słyszeliśmy miłe słowo od rodaków. Innym razem to my widzieliśmy „swoich” i zagadywaliśmy do nich. Chociażby z tego powodu fajnie jest na biegi zagraniczne ubierać się w „Polskie” koszulki.


20141118 145915

Widok na fragment Stambułu

Na 30 kilometrze dopadł mnie kryzys. Z jednej strony wiedziałam, że zostało nam tylko 12 kilometrów. Z drugiej strony ból stawał się trudny do zniesienia, wiało w twarz, a asfalt zrobił się naprawdę śliski ze względu na padającą delikatną mżawkę. Jeszcze zanim pojechaliśmy do Stambułu, nasz znajomy - doświadczony maratończyk mówił nam, że w Stambule asfalt jest śliski, ale jakoś trudno mi było to sobie wyobrazić. Teraz wiem doskonale co mial na myśli! Nogi naprawdę się ślizgały co bardzo utrudniało ponowne wybicie i utrzymanie tempa biegu. Przetrwałam jednak kryzys i udało się nie zwolnić.

Od mniej więcej  36 kilometra byłam zdana tylko na siebie, bo Maciek został trochę z tyłu. Biegłam bez patrzenia na zegarek próbując po prostu utrzymać swój rytm i nie stracić z oczu Łukasza, którego poznaliśmy po drodze. Dwa kilometry dalej wybiła godzina na modlitwę i z okolicznych meczetów dobiegły nawoływania muezinów. Te odgłosy przez cały pobyt w Stambule przyprawiały mnie o ciarki na ciele, ale na maratonie było to uczucie wielokrotnie spotęgowane. Zmęczenie, ból i ten dźwięk - mieszanka naprawdę "magiczna". Patrzyłam na zamgloną zatokę i wsłuchiwałam się w ten śpiew nie do końca wierząc, że jestem tam gdzie jestem...

20141116 133236

Nasza ekipa po maratonie.

Finisz na starym mieście

Na 39 kilometrze zerknełam na zegarek chcąc sprawdzić czy mam szansę osiągnąć cel, którego podjęłam się na zasadzie „zobaczymy czy dam radę”, a mianowicie złamać 3:20 (W zasadzie nie byłam pewna czy jestem przygotowana i równie dobrze miał mnie zadowolić wynik poniżej 3:30) Szansa jednak była. I pewnie złamałabym to 3:20 lub chociaż nabiegała 3:20 gdyby nie ostatnie 2 kilometry trasy prowadzące ostro pod górę na Sultanahmet. Nie dość, że nie dawało to możliwości przyspieszenia, to w ogóle nie byłam w stanie utrzymać tempa nawet w najmniejszym stopniu. Każdy krok był wymuszony i myślałam, że się tam za chwilę położę mimo, że im bliżej mety tym większy był doping zgromadzonych wzdłuż trasy kibiców. Walczyłam jednak z podbiegiem żeby urwać z mojego rekordu życiowego chociaż minutę czy dwie. Udało się. Czas na mecie 3:22:36. Życiówka – nie ważne, że tylko o 2 minuty z kawałkiem. Grunt, że się udało. Wielka radość. Piękny maraton. Finisz w samym centrum zabytkowego Stambułu.

20141116 152014

W drodze powrotnej do hotelu. Z widokiem na Most Galata

Z trudem doszłam do autobusów, w których czekał dowieziony depozyt. Z jeszcze większym trudem przebrałam się w suche ciuchy - co lekko zabawne - w na samym środku placu w centrum Stambułu, gdzie obecność meczetów z każdej strony nakazywałaby się kobiecie raczej zakrywać czym możliwe. Na szczęście podczas maratonu nikt nie zwracał uwagi na takie "elementy":)

 

Zdecydowanie polecam maraton w Stambule

Wpisowe jest tanie i nie ma żadnych losowań ani innych warunków żeby się dostać (przynajmniej narazie). Temperatura w dniu startu to ok 13-15 stopni. Pogoda trafiła nam się idealna. W Stambule warto zostać kilka dni dłużej i lepiej poznać miasto. Naprawdę jest co oglądać. Jeśli ktoś planuje udział w maratonie warto rezerwowac nocleg blisko placu Taksim skąd zapewniony jest darmowy transport na start. W innym przypadku naprawdę niełatwo się dostać na start po stronie azjatyckiej w dniu maratonu:)

 

mapka maratonu Stambul2

Mapka maratonu. Start po stronie azjatyckiej; większość trasy i meta po stronie europejskiej.

 

Relacja opublikowana była również na moim autorskim blogu: http://www.szczyptaszalenstwa.pl/home/istanbul-marathon/

Zainteresowanych zapraszam również na bloga po (subiektywne) informacje o jedzeniu w Stambule i o tym co warto zobaczyć w tym mieście.

Dodaj komentarz

Komentarze (0)

Nikt jeszcze nie dodał komentarza

Kanał RSS komentarzy na tej stronie | Kanał RSS dla wszystkich komentarzy